Liban: ostatnia chrześcijańska rodzina w bombardowanej wiosce
Federico Piana, Piotr Kowalczuk
Huk eksplodujących bomb to nasz codzienny chleb
„Ciągłe eksplozje i strach – mówi Mario - fatalnie wpływają na psychikę, szczególnie jeśli chodzi o dzieci. My próbujemy żyć jak przed wojną. Ale od kiedy się zaczęła, moje dzieci żyją w ciągłym stresie. Napięcie łagodzi trochę to, że jako rodzina jesteśmy zawsze razem. Ale z obawą patrzymy w przyszłość. Nie wiemy, co nas tu czeka”.
Coraz trudniej tu żyć
Mario pracował w szkole jako nauczyciel wychowania fizycznego. Teraz nie ma kogo uczyć i w wyludnionej okolicy nie ma żadnej pracy, więc dojeżdża do Bejrutu, często pod ostrzałem. Koszty życia dramatycznie rosną. Bardzo podrożała benzyna. Mario obawia się, że niebawem ustaną dostawy energii. „Troje naszych dzieci chodziło do katolickiej szkoły. Ale teraz jest zamknięta. Na szczęście lekcje są prowadzone on-line. To dla nas maleńki symbol nadziei” – mówi.
Z jednej strony strach, z drugiej wiara i nadzieja
Dodaje, że rodzina nie chce utracić więzi z Kościołem. „Uczestniczymy w życiu parafii na ile to możliwe. Pomagamy uchodźcom przywożąc im żywność. Choć wielu chrześcijan opuściła swoje domy, są i takie rodziny jak nasza, które zdecydowały się pozostać mimo ciągłego zagrożenia” – wyjaśnia mężczyzna.
Nie zapominajcie o nas!
Obawia się jednak, że niebawem w regionie Sidone wspólnoty chrześcijańskie przestaną istnieć: „Dlatego prosimy Stolicę Apostolską, by wysłała tu swego przedstawiciela, by nam pomógł otrzymać odpowiednie gwarancje i pozostać w domu. Zwracamy się też z apelem do wspólnoty międzynarodowej: Nie zapominajcie o nas!”.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś ten artykuł. Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się na newsletter klikając tutaj.